No więc po kolei. (27.05.2012)
We wtorek było w Szczyrku średnio. Ludzie latali ale było widać, że wieje dość mocno i termika jakaś taka nijaka.
Po pracy siadłem przed kompem i stanąłem przed ciężkim wyborem. Albo zjazd do Żor na weekend i dokręcenie negatywki bez zapasu albo niepewne środowe latanie.
Jak wiadomo wybrałem to drugie. Wstałem godzinę przed budzikiem, mimo że wtorek w pierogarni był udany. Za oknem czyste niebo a wnętrzności fikają koziołki. Na dolnej stacji byłem pierwszy… pół godziny przed startem kolejki. Starczyło czasu na uzupełnienie płynów i zapoznanie z dwoma pilotami, którzy przyszli chwilę po mnie. Na szczycie wiało idealnie, czysty wschód na przemian po minucie na klasyka i na alpejkę. Chłopaki stwierdzili, że oni nie bardzo więc zostałem zającem. Start klasykiem w 3m/s w momencie kiedy widziałem że zbliża się podmuch. Kilka zwitek po garbie na wschodzie i komin do niskiej podstawy na południowym krańcu. A co mi tam lecę w stronę Baraniej, może się uda coś dokręcić po drodze. Niestety na Zielonym Kopcu zastałem zerka i pogodzony z losem postanowiłem wylądować gdzieś w Wiśle Malince. Szkoda trochę bo widzę, że wszędzie dookoła się kłaki zaczynają robić tylko jak na złość nie nade mną. Szukam sobie polanki a tu nagle :)  pi….pi….pi..pi..pi.pi.pi.pipipipiiii. Dopiero wieczorem na google earth zobaczyłem w tym miejscu pięknego Cu. Wyjechałem pod niego, później dzida po prostej do  następnego, z którym znalazłem się nad Jeziorem Czerniańskim. Coś pięknego. Po lewej Tatry a nad nimi dwa kowadła, po prawej płaskie Czechy a przede mną słowackie pagóry. Mając ponad kilometr do ziemi czułem się jak Kolumb na Antylach. Później jeszcze podkręciłem kilka razy, nad Istebną, Jaworzynką, nad Hrćavą (trójkąt PL, CZ, SK) i Ćiernem. Cały czas się rozglądałem czy ktoś mnie nie goni bo w dwójkę byłoby łatwiej, ale następny co leciał w moją stronę startował jak już byłem na glebie. Lądowanie w Ćadcy nie było takie łatwe. Musiałem przelecieć nad centrum i dość nisko nad blokowiskami żeby w końcu znaleźć miejsce do lądowania. Wszędzie pełno drutów no i zero płaskiego. Lądowanie w trawie do pasa, 5m.  od roznegliżowanej, i śliczej w swoim zakłopotaniu dwudziestki. Dopiero ona uświadomiła mi, że jestem na Słowacji a nie w Czechach jak wcześniej myślałem. Chyba już wiem co zrobić a czego nie, żeby dolecieć do Źiliny:) Oby następna środa była jeszcze piękniejsza.

Link do lotu